Historia mojego porodu – poczekalnia, brak postępu porodu, oksytocyna i cesarskie cięcie.

with 20 komentarzy

historia mojego porodu

O porodzie mówimy, że to ból, że okropność, że czasem trudno wspominać, że czasem lepiej zapomnieć. Ale prawda jest taka, że lubimy mówić o swoim porodzie, niezależnie od tego, jaki był :) Dlatego dzisiaj przeżyjmy to jeszcze raz – powspominajmy. Zapraszam Cię na opowieść, w której wspominam mój poród, a w komentarzu czekam na Twoją historię!

Sobota

Zosia urodziła się 22.02 pod koniec 37tc. Co prawda nie należała do maluszków, bo ważyła 3,5 kg, ale mogła sobie jeszcze w brzuszku posiedzieć, bo ani ona ani ja nie byłyśmy na to wszystko gotowe.

Kilka dni wcześniej na wizycie u pani ginekolog, szyjka była długa, zamknięta, brzuch wysoko, wód płodowych ogromnie dużo – słowem nic nie zapowiadało porodu.

Pamiętam jak dziś, to była sobota. Mój tato z braćmi i mężem pracowali przy wykończeniu poddasza, a ja w tym czasie zwijałam się na łóżku pod kocykiem. Biegunka, brak apetytu, nudności. Do tego skurcze i senność. Skurcze pod wieczór zrobiły się regularne, najpierw co 10 minut, potem co 7, co 5 i nawet co 3 minuty! Ale nadal nie były dla mnie super bolesne więc po telefonie do położnej uznałam, że jeszcze poczekam. I dobrze, bo czekałaby mnie noc na oddziale! Skurcze się wyciszyły, a my z mężem poszliśmy jeszcze na posiadówkę do sąsiadów :D

Niedziela

Zero skurczy (może jakieś pojedyncze), siły mi wróciły, apetyt też. Do głowy mi nie przyszło, że wczorajsza akcja to może być oczyszczanie się organizmu czy skurcze przepowiadające zbliżający się poród. Nie no gdzie tam! Bez żadnych obaw pojechaliśmy z mężem do KINA :) Wieczorem dodałam jeszcze zakochańczy wpis na fejsbuka:

Świętuje miłość z podpisem: „Cudowny reset <3<3<3”

A jeden z komentarzy pod tym wpisem brzmiał:

GRATULACJE kochani To naprawdę musiał być cudowny reset

Poniedziałek

O 2.00 odeszły mi wody (od tego czasu boję się chodzić w ciąży do kina:D). O 3.00 byliśmy na porodówce, ale skurczy brak. Położono mnie sali przedporodowej, tzw. „poczekali”, o której więcej pisałam we wpisie „A ja…? – czyli kobieta ciężarna w poczekalni na porodówce”.

Po obchodzie decyzja: kroplówka z oksytocyną. Przeniesiono mnie na salę porodową, ale dalej nie mogłam zadzwonić po męża. Więc leżałam z tą kroplówką (nie mogłam chodzić, nawet jak chciałam iść siku musiałam wołać położną) i słyszałam jak co jakiś czas przyjmują nową kobietę.

→ Swoją drogą jestem mistrzem wyczucia czasu i nieśmiesznego krakania. W szpitalu, w którym rodziłam były 2 sale porodowe. Z ciekawości zapytałam położnej co robią, kiedy rodzą na raz 3 panie. Odpowiedziała, że to raczej się nie zdarza, ale zawsze mają jeszcze do dyspozycji salę do cesarskiego cięcia tak ostatecznie.

To się nie zdarza, ale akurat 22.02 rodziło na raz 5 pań. :D

Wracając na porodówkę: w związku z licznym przybyciem nowych rodzących, przeniesiono mnie z powrotem na poczekalnię. I tak sobie leżałam wśród cierpiących, stękających i rodzących kobiet. Mąż nie mógł być przy mnie.

Tak minął cały okrągły dzień. Skurcze pod kroplówką były, ale nieefektowne: nie generowały rozwarcia. A po odpięciu oksytocyny, wyciszyły się praktycznie do zera. Przerażona wizją całej nocy w poczekalni, poprosiłam o kolację. Nasyciłam się swoją porcją chleba z masłem i czekałam na obchód. Po badaniu decyzja:

cesarskie cięcie, z tego porodu nie będzie.

Mój poród – czy to naprawdę poród?

Musiałam czekać jeszcze godzinę, bo przecież zjadłam „kolację”, a do operacji trzeba być na czczo. Najgorsza godzina w moim życiu. Płakałam, bałam się, czułam, że zawiodłam. Bo przecież miałam rodzić naturalnie. Męża dalej nie było przy mnie.

W końcu zabrano mnie na stół. Było mi zimno, trzęsłam się jak galareta, nogi aż mi podskakiwały ze strachu. Szybkie, lekko bolesne wkłucie w kręgosłup i bach! już leżałam na stole podpięta pod masę urządzeń. Po chwili nie czułam już nic od pasa w dół. Cudowny anestezjolog całą operację zagadywał mnie, żeby odwrócić moją uwagę. Położne też dbały o to, żeby na sali było trochę śmiechu :)

Nie czułam cięcia, czułam naciąganie skóry, takie rozpychanie. Potem lekarka naciskała mi na brzuch od góry, bo Zosia była naprawdę wysoko i nie chciała zejść do wyjścia. Okropnie nieprzyjemne! Ale w końcu stało się – wyciągnęli mi Zosię z brzucha, a ja pomyślałam:

„I to już. Zostałam mamą.”

Byłam tak oszołomiona, że kiedy usłyszałam pierwszy krzyk Zosi, nadal nie wierzyłam w to, co się dzieje. Pamiętam, jak położna przyniosła mi córeczkę zawiniętą w pieluszkę i dała mi ją do policzka. Do dziś pamiętam jej malutką, pucołowatą buzię, zaciśnięte usteczka i zamknięte oczka. Pamiętam, jak ją pocałowałam i przywitałam się z nią nie do końca wiedząc, co powiedzieć.

Dziewczyny serio, wtedy nie sądziłam, że będę to pamiętać i to z tyloma szczegółami. I że do tej pory będzie do we mnie wywoływało takie wzruszenie!

Szycie trwało jeszcze pół godziny, w trakcie których mój mąż kangurował Zosinkę. Później w końcu ja mogłam się nią nacieszyć :)


I tak właśnie rozpoczęła się moja przygoda z macierzyństwem. Nie wspominam jej źle, może z lekkim żalem, ale to już przeszłość, teraz czas skupić się na tym, co tu i teraz :) Mimo wszystko trafiłam na świetne położne, które uwijały się jak mróweczki w tym całym chaosie i pomagały jak tylko mogły. Trafiłam na dobrą lekarkę, na świetnego anestezjologa, a przede wszystkim – i ja i Zosia jesteśmy zdrowe ♥

I tym pozytywnym akcentem kończę dzisiejszy wpis,
Iza

Dajcie znać jak było u Was:

♥ Miałyście jakieś objawy zbliżającego się porodu?

♥ Skurcze przyszły nagle i od razu silne czy akcja powoli się rozkręcała?

♥ Pamiętacie swoje pierwsze myśli i odczucia po porodzie?

Powspominajmy!


Photo by Michal Bar Haim on Unsplash
Follow Iza:

Iza - mama żona blogerka. Nie zapomina też o byciu kobietą. Niepoprawna optymistka i marzycielka, ale zdarza jej się być zrzędzącą zołzą. Fanka macierzyństwa bliskości, zdrowego egoizmu i rozmowy. Najbardziej na świecie kocha swoją rodzinę i... być mamą ;)

  • Ja od początku wiedziałam, że będzie cięcie cesarskie. Przyszłam do szpitala na KTG, a tam mi powiedzieli „a to już pani zostanie”.

  • A ja mam pytanie. Czy kobiety w większości wolą, aby mężczyzna był obecny przy porodzie, czy niekoniecznie?

  • Pierwszy poród siłami natury wspominam wspaniale. Wszystko spokojnie, powoli, bez pośpiechu. Synek szybko znalazł się w moich ramionach, a ja czułam się rewelacyjnie i szybko doszłam do siebie. Drugi poród mój największy koszmar. Cesarskie cięcie wykonane na szybko, w całkowitym znieczuleniu i przede wszystkim z brakiem nadziei – serduszko córeczki przestało bić… Jednak drugi poród, mimo że dramatyczny, okazał się dla mnie cudem – córeczka przeżyła i dziś jest rezolutną 5-latką. Po cc 36 godzin leżałam plackiem z powodu komplikacji (krwotok) i było to dla mnie najtrudniejsze, że nie mogłam zobaczyć swojej córeczki przez tak długi czas. Dopiero po tych 36 godzinach po raz pierwszy zobaczyłam swoje Maleństwo (1305 gram).

    • Sylwia aż mnie zmroziło jak czytałam Twoją historię! mam ciarki na całym ciele. Rzeczywiście, taki poród wspomina się ciężko, ale koniec końców jesteście wszyscy razem cali i zdrowi <3

  • Wspomnienie tej chwili, gdy zostaje się mamą , niezależnie od wszystkiego zawsze jest bardzo wzruszające. Ja mimo konieczności cc uparłam się, że „stanę na nogi” jak najszybciej. Obawiałam się… ale się udało:) Maluszek był ze mną non stop. Panie położne doglądały i pomagały ale ja już po kilku godzinach byłam bardzo mobilna. Z perspektywy czasu jestem dumna, bo chociaż bardzo chciałam urodzić SN, nie uważam żebym pomimo CC straciła wiele, a może nawet nic nie straciłam:)

    • Zazdroszczę Ci trochę takiego podejścia, ja po moim pierwszym porodzie CC, byłam zdruzgotana. Nie przygotowałam się na to, że może być inaczej niż siłami natury i czułam, że zawiodłam. Trochę trwało oswojenie się z myślą, że dałam z siebie wszystko i że mogę być z siebie dumna :)

  • Ah, te emocje. Sama niedawno zostałam mamą po raz drugi i to, co najbardziej mnie uderzyło w Twoim wpisie, mimo, że wiem, że każda chwila to OCEAN emocji, radości, smutku, żalu, miłości, to to krótkie: ‚To już. Zostałam mamą’. Bez fajerwerków, ale to takie PSTRYK (u niektórych PLUM :D) – i zmienia się całe Twoje życie. Wielkie WOW.

    • Dokładnie tak, Magda – pstryk i już :D Zmienia się całe Twoje życie :) A emocje przychodzą później i właściwie już nigdy się nie kończą :D

  • Ja mam za sobą i poród SN i CC. Po pierwszym przez dwie godziny od razu po porodzie cieszyłam się kontaktem skóra do skóry, pierwszymi leniwymi chwilami tylko we troje. To było piękne. Po tym drugim porodzie, CC awaryjnym i w pośpiechu, miałam takie poczucie, że „straciłam” właśnie ten piękny czas i trochę mi było go żal.

    • Ewelina CC to nic przyjemnego i masz rację, jak się nad tym zastanowić, najbardziej jest żal tych pierwszych chwil. Wszystko odbywa się tak „mechanicznie”… No i nie wiem jak u Ciebie, ale ja przez pierwszą noc w ogóle nie miałam Zosi przy sobie :(

  • Oba moje porody były wspaniałe. W obu przypadkach trafiłam na cudowne położne, dzięki czemu czułam się bezpiecznie i pewnie

    • Paulina super! Położne i ich opieka to podstawa, żeby poród był dobry :) Mam nadzieję, że tym razem też uda mi sie trafić na takie osoby:)

  • Och, widzę nie ja jedna pokusiłam się o opisanie porodu na blogu, choć u mnie ze względu na niepełnosprawność było odrobinkę inaczej :) Najważniejsze, że wreszcie wszystko skończyło się dobrze! :)

    • Przeoczyłam! Koniecznie muszę nadrobić :) Wiesz u mnie to teraz temat najbardziej „na tapecie” więc dobrze mi się pisało :D

  • Ja mam za sobą 3 porody – pierwszy wspominam najgorzej, a ten ostatni był nieporównywalnie łatwiejszy i szybszy.

  • Katarzyna Hartung

    Kiedy urodziłam Julka, następnego dnia przyszedł lekarz na obchodzie i pyta z uśmiechem „To co, za rok znów się widzimy na porodówce?”, odpowiedziałam tylko „Panie doktorze, drugie to już tylko adoptuje” :) Dzisiaj się z tego śmieje, ale wtedy po 25 godzinnym, wywoływanym porodzie nie było mi do śmiechu.

    • Haha uśmiałam się, ale wiesz wcale nie dziwi mnie Twoja reakcja :D Swoją drogą zobacz jak wszystko się zmienia pod wpływem czasu :) Mam świadomość, że gdybym napisała ten wpis od razy po porodzie, na pewno wyglądałby inaczej niż to, co powstało teraz :)

  • Ale dlaczego kazali ci leżeć, przecież się poród rozkręca chodząc, ruszając O.o U mnie dwa razy tak się rozkręcił..

    • A widzisz, teraz to wiem, a wtedy byłam zielona i robiłam wszystko, co mi kazali :) Do drugiego porodu idę dużo bardziej przygotowana więc nie dam się tak łatwo przykuć do łóżka :D